czwartek, 6 października 2011

"I w końcu, nie wiemy już, co się liczy.
Granice się zacierają.
Jesteśmy jak wolne elektrony.
Zamiast mózgu mamy kartę kredytową,
zamiast nosa - odkurzacz, 
i nic na miejscu serca."

Wieczór i muzyka, obok łóżka lampka czerwonego wina.
Uciszyłam dziś swoje pragnienia i uczucia. Staram się nie "czuć". 
Zastanawiam się ile osób, ile kobiet i mężczyzn stara się uciszyć swoje prawdziwe uczucia i pragnienia.
Ile z nas zasypia z zamkniętymi na klucz myślami...
Jak często nie pozwalamy sobie na szczerość wobec siebie samych, nie mówimy głośno, że czegoś chcemy?

Dlaczego nam kobietą tak trudno przychodzi przyznać się i powiedzieć na głos "Dziś mam ochotę na seks..."
Zastanawiam się nad tym...
Czy to kwestia wychowania ? A może kompleksów? Sama nie wiem czego jeszcze?
A może nam kobietom po prostu nie wypada?
Ale czy nie wypada mówić o swoich potrzebach? O swoich pragnieniach?

Czy tak sama jest ze słuchaniem swojego serca?
Sądząc po sobie pewnie tak, częściej rozum wygrywa, wyszukuje kontr argumenty i serce milknie...
U mnie są jeszcze emocje, które czasem biorą górę, ale zauważyłam ostatnio jedną prawidłowość...
Zaczynam milczeć... przestaję komentować pewne sytuacje, słowa, wydarzenia...
Nie wypowiadam swojego zdania...
Zaczynam milczeć, gdy jakieś słowa w jakiś sposób mnie zabolą, gdy czuję, że moje słowa i nie będą mieć znaczenia...

Przewiduję pewne scenariusze... scenariusze mojego własnego życia, niestety czasem żałuje, że nie mam dublerki...
albo nie mogę zmienić reżysera tej tragikomedii...

Dzisiejszy dzień skomplikowany... za rogiem czai się niepewność...
może bardziej strach...
troszkę irytacji...
pewne sprawy zamiast się rozwiązywać nadal stoją w miejscu i irytujące jest to, że rozwiązanie ich już nie zależy ode mnie... bo co mogłam to pokazałam...

Więc... leżę sobie w łóżku... czekam - nie czekając...
słucham muzyki i swojego serca... tak słucham dziś jak biję...
jest jakby troszkę spokojniejsze... jakby mniej go było...


POSŁUCHAJ SWOJEGO SERCA ZANIM POWIESZ MU ŻEGNAJ...

...

Chciałabym upić się do nieprzytomności i nie czuć...

nie czuć, że mam pragnienia...

że mam marzenia...

że czuję...

nie czuć się jak idiotka...

Fuck.... fuck... fuck...!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zatracić się w alkoholu i nie pamiętać tego wieczoru...

wtorek, 4 października 2011

Właśnie zamykam oczy...
Leżę i odpoczywam... pokój powoli wypełnia muzyka...

Tak, to mój wieczór, chociaż właściwie brakuje mi do tego lampki wina, ale może nadrobię jutro...
Jest w porządku, wracam do siebie i biorę się za siebie. Dziś ogrom zaległych spraw załatwionych i poczucie, że wreszcie coś się udaje.
Obudzona przypomniałam sobie dzisiejszy sen... pocałunek... długi i namiętny z mężczyzną, którego bardzo kochałam a już go nie ma wśród nas...
Zawsze, gdy mi się śni czuję, że wszytko idzie we właściwą stronę i dziś mam właśnie takie poczucie.
Poczucie spokoju ... chyba od dłuższego czasu tego właśnie mi brakowało.
We wnętrzu mnie szalała burza nie do opanowania. Nie radziłam sobie z tym co mnie otaczało....
A dziś słońce świeci... a ja zwyczajnie się uśmiecham

i dziś :-) zanurzam się w dźwiękach muzyki, która koi moją duszyczkę i serducho...
Dobrze utonąć właśnie w tych dźwiękach, nutach...
Przypomina mi się pianino i klawisze biało czarne po których zgrabne dłonie wygrywają melodię...
Tęsknie za tym... na zapachem muzyki... nut... za dotykiem biało czarnych klawiszy...

To miła tęsknota... chociaż jedna...

Dobrej nocy...

poniedziałek, 3 października 2011

Nigdy...

Wracam do normalności...
Moje fobie i strachy przestały mnie dominować. Przez cały weekend miałam huśtawki uczuć... w sobotę dopadły mnie dwie małpy: depresja i chandra, wziełam je na przeczekanie...
Niedziela już zupełnie inna po nie przespanej nocy wróciłam do normalności.
Poukładałam sobie troszkę w głowie, wytłumaczyłam co nieco sama sobie i zasnęłam spokojniejsza.
W głowie stworzyłam mały plan działań. 
Nie poddaję się. Nigdy się nie poddam - tak właśnie ma być.
Wiele złych rzeczy się dzieję, w okół mnie w okół moich przyjaciół. Śmierć, choroby, strata pracy...
Zło jest, było i będzie - oczywista oczywistość. Jeszcze nie raz się z nim zetknę, jeszcze nie raz będę bez sił, będę chciała się poddać. Ale dziś wiem, że ta Cholera co we mnie jest, nawet jak się wyciszy na kilka dni to potem uderzy i to z podwójną siłą i nigdy, prze nigdy nie pozwoli mi się poddać.

Jeszcze troszkę zasmarkana, zakichana ale już walczę... 
Chce iść do przodu, jeszcze kilka dni i ułożę jakiś scenariusz. Muszę bo ten miesiąc finansowo będzie bardzo kiepski, już jest kiepsko ale sobie poradzę.

Jakoś się wszystko poukłada, wszystko musi zmierzać w końcu ku dobremu i ja będę się tak kierowała.
A przy okazji przypomniał mi się film, który przypomina mi o tym, że nie można się poddawać.
A często nasze strachy, fobie i obawy są tylko naszym wyobrażeniem i musimy się z nim zmierzyć aby pójść do przodu....

Więc do przodu brnę...

sobota, 1 października 2011

Amen....

"Nie daj mi, Boże, podróżować tam, dokąd nie powinniśmy podróżować. Uchroń mnie przed wędrówką w czasie, pozwól mi zostać tam, gdzie jest miejsce moje. Pozwól mi mieszkać między przyszłością a przeszłością, między jutrem a wczoraj. Niech się nic, co się stało, nie odstaje, i niech się nie staje nic, co jeszcze nie dojrzało, aby stać się. Niech się dzieje normalność, choćby była najokrutniejsza, i niech się nie cofa anie niech się nie spieszy zegar czasu mego, niech nie wracają cienie świetności ani marności mojej. Amen.
Otwieram oczy"
A.Osiecka "Zabiłam ptaka w locie"

Brnę przez słowa Pani Agnieszki i w jej opowiadaniach widzę siebie, swoje alter ego...
Widzę siebie jako kobietę, która nie może odnaleźć się po osobistych tragediach, widzę siebie jak unoszę się jak feniks z popiołów...
Upadam i wnoszę się...
Przeszłość mniej boli, przyszłość staje się bardziej dostępna...
Rozwiązuję kolejne supełki na sznurku mojego życia... jestem bliżej... bliżej rozwiązań, które jeszcze kilkanaście tygodni temu wydawały się nie do rozwiązania...
Już nic nie przyspieszam, już niczego nie gonię, teraz po prostu czekam ... może nie biernie... ale czekam...
Na możliwość zadania pytań, chociaż wiem, że odpowiedzi mogą zaboleć... ale najwyższa pora zmierzyć się z odpowiedziami, które mogą zaboleć. Chcę wiedzieć, chcę mieć pewność. Chce wiedzieć Kim jestem... i dlaczego właściwie jestem...
Ten czas nadejdzie...
Jest blisko... 
A ja sobie pomieszkam między przyszłością a przeszłością... między jutrem a wczoraj...

niedziela, 25 września 2011

List nie wysłany...

Mój Drogi,

a może powinnam napisać "Mój Kochany"? Czy to właściwie ma znaczenie? Chyba nie zupełnie, tak jak nie ma znaczenia w jakiej formie napiszę ten list. Wiesz ja właściwie bardzo żałuje, że ludzie przestali do siebie pisać zwykłe listy, ja chętnie z niecierpliwością czekałabym na taki list, sprawdzałabym co dzień skrzynkę... a potem odebrała list i pełna emocji zaczęłabym go czytać...
Tylko, że do mnie nikt nie piszę listów... chyba, że Urząd Skarbowy, albo Inkasent z gazowni lub kurier z firmy kurierskiej... tylko, że ich listy nie mają tak na prawdę większego znaczenia... 

 Nie... listy umarły śmiercią naturalną... a przecież mają w sobie pewną tajemnice, magie i ogrom uczuć przelanych na papier... czasem skropione perfumami, a na kopercie można odbić kształt ust... czy to infantylne? Sama nie wiem...

Listy, zastąpiły maile... najczęściej krótkie, zdawkowe zdania, pytani lub informacje, co, gdzie, jak i kiedy... Trudno w nich znaleźć emocje...

Nie pamiętam już kiedy napisałeś do mnie dłuższy list, przepraszam mail... ostatnio nie piszesz...

Ale nie o tym miało być...

Dziś tęsknie za Tobą (żadna nowość, prawda?) tylko, że ja tęsknie a Ty na to pozwalasz...

Są listy, które piszę do Ciebie w myślach, w danej chwili, pod wpływem wydarzeń, rozmów, emocji...
Ten piszę już tak na prawdę kilka miesięcy... słowa starannie napisane na papeterii specjalnie dobranej... koperta oznaczona "Dla F...."
Nie otrzymałeś nigdy tego listu, chociaż napisany dla Ciebie, leży schowany w mojej szufladzie i co raz częściej żyję z przekonaniem, że już go nie otrzymasz...
Dziś piszę kolejne słowa do, lub dla Ciebie jak wolisz... słowa, których ponownie nie zobaczysz, literki, których nie dane Ci będzie przeczytać...
Powoli znikam z Twojego życia, małymi kroczkami, chyba bardziej dla siebie niż z Twojego powodu...
Nie zauważasz tego, a może widzisz i tak po prostu wolisz? Nie szukasz mnie...
Czasem chciałabym abyś mnie znalazł, szczególnie w tym moim smutku, w rozpaczy, która czasem rozbija mnie na drobne kawałki...

Czasem czuję się jak potłuczony wazon, który ktoś chciał naprawić, ale źle ułożył identyczne części...


Właściwie nie wiem co mam zrobić, i jak się zachować... zgubiłam się, zgubiłam się z uczuciami do Ciebie, a najgorsze jest to, że nie mam odwagi by Ci o nich opowiedzieć. Tylko, że jak mam to zrobić, skoro nie mamy dla siebie czasu, skoro zawsze jest coś ważniejszego i pilniejszego niż ja...

Przyzwyczaiłam się do faktu, że się zdarzam... 
Trudno mi jednak gdy czuję, że jestem nikim ... 

Dziś nawet nie potrafię znaleźć słów by to wszystko opisać...
Bo jak mam opisać, moją tęsknotę... ból... i rozczarowanie...

Jesteś a jednak Cię nie ma... raz na kilka miesięcy darujesz mi wieczór i noc... 
a potem znikasz i zostawiasz mnie w pustym łóżku... z kilkoma słowami, że wrócisz... wracasz, ponownie za miesiąc, dwa lub więcej... i znowu darujesz mi wieczór i noc...

i koło się zamyka...

Powitania i rozstania...
Z uniesień pozostaje mi uniesienie brwi, a ze wzruszeń: wzruszenie ramionami...

Gdybym tylko była bardziej odważna, wtedy podeszłabym do Ciebie i patrząc w Twoje zielone oczy powiedziałabym: Kocham Cię i zrób z tym co chcesz....

sobota, 24 września 2011

W pokoju panuje mrok, lekką poświatę daje monitor...
Za oknem niebo spowite chmurami a czterech ścianach ja...
Pomiędzy ciszą a ciszą słychać klikanie klawiatury, ale czy tylko...
Gdyby się wsłuchać jest więcej dźwięków...
Słychać biegnące myśli, są daleko jak zawsze...
Słychać jak tęsknota obija się o ściany pokoju, uderza o nie z hukiem i rozbija się na podłodze...

Słychać bicie serca, próbuje uderzać miarowo, jakby w tak... Bach, Schubert... prędzej Paganini...

Wsłuchuję się  tą muzykę, w tą ciszę przerywaną deszczem...deszczem łez...spływają po policzku i opadają na podkoszulek...

Raz, dwa, trzy, cztery... aby zasnąć liczę... liczę nie spełnione marzenia, nie dotrzymane obietnice...
skrajności, w które wpadam...
Liczę dni... od spotkania do spotkania...
Wkrótce październik... a potem listopad, grudzień, styczeń i luty... a co będzie potem...
Według naszego kalendarza będzie marzec...
Według moich obliczeń, coś się skończy... a może już się skończyło, tylko ja uporczywie się tego trzymam...

Cóż jeszcze mogę policzyć?
Czy liczyliście kiedyś łzy spływające po policzku?
Jakie to uczucie...
na początku łza wypływa z oka... przesuwa się blisko nosa... czuć jej delikatność... potem tuż przy nosie czuć słoność łzy... a gdy spływa po policzku zaczyna delikatnie łaskotać, jakby chciała przeprosić, że płynie...
jakby chciała wynagrodzić smutek łaskotaniem...

Znowu cisza w okół mnie...
pustka...
cztery ściany...
głęboki wdech...
i głęboki szloch,
twarz ukryta w dłoniach tak by nikt nie zobaczył łez...

ale przecież nikt tego nie widzi...

przecież jestem sama...
tak zwyczajnie sama...

z głupią miłością, która niszczy mnie ....
z naiwnością, która na co dzień ze mnie kpi...

Pozwólcie mi zasnąć na dłużej...
I nie śnić... nie kochać... i nie czuć...

pozwólcie mi...

a jutro będzie inaczej... za horyzontem pojawi się nowy dzień,
a ja ponownie będę udawać, że wszystko gra...