A więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od "a więc")
Ale to mój bloog, moje literki i tak sobie zacznę...
A więc... Szpilka się rozpłakała... tak nagle podczas rozmowy telefonicznej... puściły jej nerwy i z jej oczu popłynęły gorzkie łzy...
Jakoś ten dzień nie nastraja do dobrego humoru...pogoda za oknem do kitu... ponuro, szaro i deszczowo, a przynajmniej deszczem pewnie to się skończy...
No i popłakała się Szpilka przy mężczyźnie... chociaż obiecała sobie, że On nigdy nie zobaczy jej łez... nie wiedział, był po drugiej stronie telefonu - ale usłyszał, jak puściły jej nerwy, i wprowadzona z równowagi przez buty rozpłakała się zwyczajnie...
A więc polały się grochy....
To w zasadzie jej nie pomogło... taki dzień... taki na płacz? jeszcze dziś tak... dziś możę się poużalać nad sobą, popłakać... po marudzić... ale trzeba się wziąść w karby i zacząć działać... bo robi się co raz trudniej i co raz więcej problemów przybywa... najwyższa pora zmierzyć się z tymi problemami w jakiś sposób...
A teraz Szpilka chowa się pod kołdrę i próbuje się jeszcze przespać...
Piszę bo to pomaga, zaprowadzić spokój w moim sercu i głowie, pomaga uporać się z różnymi myślami w mojej główce i nabrać dystansu, czasem do emocji, które we mnie istnieją...
sobota, 18 czerwca 2011
środa, 8 czerwca 2011
hm hm hm
Dzisiejszy świat jest inny niż jeszcze przed kilkoma laty, wiem wiem Ameryki nie odkryłam...
Ale tak dziś patrząc na wszystko co się dzieje wokół zastanawiam się jak będzie wyglądał za kilka lat, w jakim świecie będą żyć, nasze dzieci i dzieci naszych dzieci...
Pamiętam doskonale jak wyglądało moje dzieciństwo,
klucz na szyi, zabawy na trzepaku (to takie coś do trzepania dywanów :D ), zakopywanie "skarbów" przykrytych szkłem w ziemi, zabawa w podchody w podwórku,
radość z lodów na patyku, takich najzwyklejszych - "Bambino"
na Pierwszą Komunię Świętą dostawało się zestaw " Długopis, kalkulator i zegarek" w trzech różnych kolorach, biały, biały i biały...
I każdy z nas się z tego cieszył... pamiętam gumy cynamonowe, które były rarytasem z "Ameryki".
Myślę, że takich rzeczy można wymieniać, każdy z nas ma takie coś...
przypomniały mi się jeszcze ohydne napoje z saturatora, które nalewane do szklanek były zawsze oblepione pszczołami...
Dziś nic już z tych rzeczy nie zostało...
Dziś są dzieci Neostrady, które spędzają godziny na chatowaniu, grach i fotkach.pl , gdzie 15 letnie dziewczynki wrzucają fotki "na melodię bierz mnie całą" i szukają sponsora na nowego iPhona... bo taki jest modny,
dziś kobiety znudzone swoimi mężami, życiami i brakiem spełniających się marzeń wędrują po fikcyjnym świecie i szukają bratniej duszy...
bo mąż ich nie rozumie, bo już o nie nie dba, nie prawi komplementów... bo dziś ...
są mężczyźni, dla których chat jest możliwością poznania atrakcyjne, chudej, z dużym biustem blondynki, i zasponsorowania jej jednej nocy...
A wszystko to jest płytkie, nijakie...
Wszystko jakby przestało mieć dla ludzi znaczenia, uczucia... pprawidziwość, realność...
Zastanawiam się czym teraz dla ludzi jest miłość, bratnia dusza...
Czy liczy się tylko seks... taki z byle kim i byle gdzie?
Dziś po dwóch tygodniach znajomości ludzie mówią sobie kocham... składają deklaracje... a potem a potem nie szanują drugiej osoby, jej potrzeb...swoich potrzeb... samych siebie...
A przecież są jeszcze takie osoby, które czują coś inaczej... że tak nie powinno być, że miłość jest jednak piękna i wyjątkowa, że są ludzie, którzy należą do siebie bo są sobie bliscy...
Są osoby dla których miłość to nie seks i pożądanie, to rozmowa... to uzupełnianie siebie, szacunek...
to godziny rozmów... to kochanie... dawanie sobie przyjemności... dawanie radości...
To wszystko gdzieś jest, ale czasami strach pokazać swoje uczucia przed obawą, że trawią w niewłaściwe dłonie, które zniszczą je... jednym ruchem tych dłoni...
krzywdzimy innych ale krzywdzimy i siebie... przeżywając miłości w wirtualnych portalach... uprawiając cyberseks z przypadkowymi ludźmi... zabieramy sobie godność...
godzimy się na zadawanie pytań: jakie masz dziś majteczki... czy mogę zrobić Ci minetkę za 100 zł....
Wyceniamy miłość... jednak bardzo nisko...
czy tak chcemy?
Mamy wybór i sami go dokonujemy... nikt przecież za nas nie podejmuje decyzji... tylko my sami...
To od nas zależy czy wszystko co robimy będzie płytkie, czy będzie miało większy sens...
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Opowiadanie...
Leżała w łóżku od 3 godzin, w ogóle nie wstając. Chociaż nie wstała 3 razy.
Pierwszy by zapalić papierosa.
Drugi by nalać sobie wódki do szklanki i duszkiem ją wypić.
Trzeci raz wstała by zwrócić to wszystko co dziś zjadła i wypiła, czyli dwa jogurty, jeden serek i szklankę wódki.
Potem wróciła do łóżka i nadal leżała wpatrując się w sufit.
Ignorowała wszytko. W szczególności telefony, które co jakiś czas oznajmiały różnymi dźwiękami rozmowy przychodzące. Nie odebrała ani jednego połączenia.
Wiedziała, że On i tak nie będzie dzwonił a chyba tylko jego połączenie chciałaby odebrać, ale czy na pewno?
Wracając z toalety sprawdziła rejestr połączeń.
Dzwonił... Raz, to jedno krótkie połączenie przychodzące było od niego. Zamknęła telefon i popatrzyła w monitor laptopa.
Pisał do niej właśnie w tym momencie gdy Ona patrzyła na monitor...
Tylko patrzyła, widziała pojawiającą się w dolnym prawym rogu żółtą kopertę, otworzyła ją i patrzyła na pojawiające się w oknie literki, jego literki... nie zrobiła nic...
Nie odpisała... nawet nie pokazała, że jest...
Zabrakło jej siły na to by odpisać... na to by udawać, że nie jest jej przykro, a przecież było, było jej cholernie przykro.
Przez cały czas, gdy leżała w łóżku analizowała wszystko, ponad rok swojego życia. Ponad rok "zdarzania się" - czasami, dodawała sobie w myślach...
Włączyła muzykę i tak jak kilka miesięcy temu słuchała jednej i tej samej piosenki...
Over and over... nucąć wyuczone na pamięć słowa piosenki, czasami je krzycząc...
Czasami zalewała się gęstymi łzami, które momentami doprowadzały ją do bezdechu i wtedy próbowała łapczywie złapać oddech...
Nie spała, leżała i tępym wzrokiem patrzyła w sufit... i tak przez 3 godziny.
Nie chciała rozmawiać... nie chciała znowu żalić się z jednego i takiego samego powodu... faceta!
Wtuliła głowę w poduszkę... nie pachniała nim, przecież nic nie pachnie NIM...
Tym razem i tak był postęp bo przecież nie oglądała jego zdjęć, nie przeglądała megabajtów maili.
Ona patrzyła w monitor i czytała jego ostatnie literki...
Poniedziałek... rzekła...
Czuła, że dziś znalazła się na dnie wszystkiego... na dnie swojej rozpaczy, na dnie swojej goryczy, tęsknoty i Bóg wie, czego jeszcze... może obojętności... poczucia nicości...
To zadziwiające, ze Ten Mężczyzna tak jak potrafił podbudować ją psychicznie... tak samo potrafił zniszczyć w niej poczucie własnej wartości...
Po kilku "takich dniach" czuła się jak "nikt" jak marionetka, jak zabawka, którą się bierze, bawi a potem rzuca w kąt... bo hmmm czasu brak...
Nie czuła już chyba nic, to chyba obojętność...
Wyszła z łóżka i zapaliła ponownie papierosa, zaciągnęła się i zamykając oczy nuciła..
"zdarzam się, czasami zdarzam się, już tylko zdarzam się i tak mnie nie ma..."
Czuła, że dziś znalazła się na dnie wszystkiego... na dnie swojej rozpaczy, na dnie swojej goryczy, tęsknoty i Bóg wie, czego jeszcze... może obojętności... poczucia nicości...
To zadziwiające, ze Ten Mężczyzna tak jak potrafił podbudować ją psychicznie... tak samo potrafił zniszczyć w niej poczucie własnej wartości...
Po kilku "takich dniach" czuła się jak "nikt" jak marionetka, jak zabawka, którą się bierze, bawi a potem rzuca w kąt... bo hmmm czasu brak...
Nie czuła już chyba nic, to chyba obojętność...
Wyszła z łóżka i zapaliła ponownie papierosa, zaciągnęła się i zamykając oczy nuciła..
"zdarzam się, czasami zdarzam się, już tylko zdarzam się i tak mnie nie ma..."
niedziela, 5 czerwca 2011
Porannie...
Obudziło mnie słońce... i to dość wcześnie, z reguły nigdy nie budzę się przed dzwonkiem budzika, ale dziś było inaczej...
przez otwarte okno wdzierało się słońce i muskało mnie swoimi promieniami... ehhh gdyby nie ten dzień w pracy mogłabym się z tym słońcem pobawić, ale cóż jak to mówią live is brutal, i pora zbierać się do pracy...
Chłodny prysznic, kawa, papieros...
i myśli, które co raz częściej plątają się po głowie...Wpatrzona przed siebie błądzę w nich jak w korytarzach jakiegoś strasznie skomplikowanego labiryntu...
Nie radzę sobie, z myślami, z uczuciami - nie po raz pierwszy, nie ostatni pewnie....
Dziś ponownie doszłam do wniosku, że pora podjąć jakieś radykalne kroki, tylko jakie?
Nie mam odwagi do pewnych spraw...
Ale gdy leżąc rano w łóżku odczuwasz ból fizyczny i psychiczny to może pora przestać wierzyć w mżonki...może pora powiedzieć STOP.
Bo przecież ja ciągle, czekam nie czekająć, tęsknie udająć, że nie tęsknie... i kocham, nie mówiąc, że kocham...
I po co to wszystko?
Dla tego bólu?
Ogarnia mnie każdego dnia... staram się robić wszystko by o tym nie myśleć, nauczyłam się nie patrzeć co chwilę na telefon, przyzwyczajam się do ciszy... i co z tego,
kiedy przychodzić taki ranek jak dziś...
zwijam się z bólu, czuję jak boli mnie cała dusza... a na serce skapują słone łzy rozpaczy...
Jak długo tak wytrzymam...
Nie wiem, ale wiem, że boli...
czwartek, 2 czerwca 2011
bezsenna noc?
nad Wielkim Miastem przeszła burza...
stanęłam pośród niej...
stałam i pozwoliłam by deszcz zmył ze mnie cały ból...
łudziłam się, że razem z deszczem spłyną wszystkie łzy rozpaczy,
że tęsknota ulotni się jak para wodna podczas deszczu...
że ten ból, który przeszywa całe me ciało przejdzie jak gromy z jasnego nieba...
nic z tego...
łzy
ból
tęsknota
nadal mi towarzyszą...
stanęłam pośród niej...
stałam i pozwoliłam by deszcz zmył ze mnie cały ból...
łudziłam się, że razem z deszczem spłyną wszystkie łzy rozpaczy,
że tęsknota ulotni się jak para wodna podczas deszczu...
że ten ból, który przeszywa całe me ciało przejdzie jak gromy z jasnego nieba...
nic z tego...
łzy
ból
tęsknota
nadal mi towarzyszą...
wtorek, 31 maja 2011
Dom....
Właściwie to nie mam przez ostatnie kilka miesięcy własnego domu...
I nigdzie raczej nie czuję się jak u siebie, bo nawet w mieszkaniu które teraz zajmuje właściwie nigdy nie jestem sama, nigdy jakoś nie czuję tego, że to mój dom....
U babci, czuję się jak niedzielny gość, wiem co gdzie jest i mogę tam być, ale dłuższy pobyt przyprawia mnie o stan przedzawałowy. Natomiast u brata... no cóż jest dobrze, ale dom brata i bratowej... i jest fajnie ale na krótko, w zasadzie to chyba jest tak, że każdy gość jest fajny jeśli jest na krótko...
Więc generalnie mało jest miejsc, w których czuję się bezpieczna... i lubię tam spędzać czas...
Byłam ostatnio we Francji, niby wielki świat Paryż, muzea i nie wiadomo co jeszcze...
Zaraz potem znalazłam się w małej miejscowości niedaleko morza...
I wiecie co... wyjechałam stamtąd kilka godzin temu i już tęsknie... żałuje, że nie mogę tam być jeszcze kilka dni...
To miejsce i dwoje najwspanialszych tam ludzi są dla mnie jak rodzina... bo Mały Rycerzyk przywitał mnie laurką... dziś czytając ją pojawiły się łzy...
Bo Moja Psiółka to kobieta, która mnie zna i dba o mnie tak, że ehhhh....
To jest miejsce, do którego chce wracać bo wiem, że tam Ktoś na mnie czeka, to tam nie czuję się "niepotrzebna" to tam nie czuję się "nikim ważnym"
Może Paryż jest fajny, ale na krótko... bo tak naprawdę to miejsca nie mają znaczenia... to ludzie tworzą dom i atmosferę...
To ludzie tworzą więzi i to oni je poluźniają...
To od ludzi zależy jak czuje się druga osoba...
A dla mnie....
bezcenne jest przytulanie Małego Rycerzyka i słowa zawsze możesz tu wrócić...i wtedy chce się wracać...
Bo to właśnie Ci ludzie sprawili, że ostatnie kilka dni były najfajniejszymi dniami tych ostatnich tygodni... sprawili , że się uśmiechałam i bawiłam...
Dziękuję...
za poranki na huśtawce... "lot na paralotni" :-)
dziękuję... za to , że czuję się bezpiecznie i że czuję że jestem Kimś w waszym życiu...
Bo Wy jesteście ważni w moim życiu....:**
I nigdzie raczej nie czuję się jak u siebie, bo nawet w mieszkaniu które teraz zajmuje właściwie nigdy nie jestem sama, nigdy jakoś nie czuję tego, że to mój dom....
U babci, czuję się jak niedzielny gość, wiem co gdzie jest i mogę tam być, ale dłuższy pobyt przyprawia mnie o stan przedzawałowy. Natomiast u brata... no cóż jest dobrze, ale dom brata i bratowej... i jest fajnie ale na krótko, w zasadzie to chyba jest tak, że każdy gość jest fajny jeśli jest na krótko...
Więc generalnie mało jest miejsc, w których czuję się bezpieczna... i lubię tam spędzać czas...
Byłam ostatnio we Francji, niby wielki świat Paryż, muzea i nie wiadomo co jeszcze...
Zaraz potem znalazłam się w małej miejscowości niedaleko morza...
I wiecie co... wyjechałam stamtąd kilka godzin temu i już tęsknie... żałuje, że nie mogę tam być jeszcze kilka dni...
To miejsce i dwoje najwspanialszych tam ludzi są dla mnie jak rodzina... bo Mały Rycerzyk przywitał mnie laurką... dziś czytając ją pojawiły się łzy...
Bo Moja Psiółka to kobieta, która mnie zna i dba o mnie tak, że ehhhh....
To jest miejsce, do którego chce wracać bo wiem, że tam Ktoś na mnie czeka, to tam nie czuję się "niepotrzebna" to tam nie czuję się "nikim ważnym"
Może Paryż jest fajny, ale na krótko... bo tak naprawdę to miejsca nie mają znaczenia... to ludzie tworzą dom i atmosferę...
To ludzie tworzą więzi i to oni je poluźniają...
To od ludzi zależy jak czuje się druga osoba...
A dla mnie....
bezcenne jest przytulanie Małego Rycerzyka i słowa zawsze możesz tu wrócić...i wtedy chce się wracać...
Bo to właśnie Ci ludzie sprawili, że ostatnie kilka dni były najfajniejszymi dniami tych ostatnich tygodni... sprawili , że się uśmiechałam i bawiłam...
Dziękuję...
za poranki na huśtawce... "lot na paralotni" :-)
dziękuję... za to , że czuję się bezpiecznie i że czuję że jestem Kimś w waszym życiu...
Bo Wy jesteście ważni w moim życiu....:**
poniedziałek, 23 maja 2011
W słońcu Francji :-)
A to nazywają Manhatannem Paryża... zachwyca...
Szpilka odpoczywa...
Słońce opala moje ciało, a wiatr je chłodzi...
Spaceruje pięknymi aczkolwiek brudnymi uliczkami małego miasta niedaleko Paryża...
Odpoczywam...
Małe, wąskie uliczki i spokój...
Nawet w hipermarketach nie ma tłumu klientów...
Powiem szczerze, że to zadziwiające spacerować po pustych sklepach. Właściwie w ogromnych galeriach, jestem ja i sprzedawcy...
Dziś dzień zakupów... troszkę wydałam, ale zakupami jestem oczywiście zachwycona. Właściwe kupiłam to co najbardziej chciałam, czyli długą sukienkę oraz buty, i to nawet dwie pary.
Francja mnie zaskoczyła, właściwie kilkoma rzeczami...
Ludzie mało kulturalni, szczególnie w metrze...
Bo w autobusie, kierowca przeprosił nawet za to, że zahamował zbyt gwałtownie i przewrócił się wózek.
Na ulicach - Wolna Amerykanka :-) każdy jeździ jak chce, Szpilka póki co jeździ przepisowo :-) tak tak moi Drodzy Czytelnicy - Szpilka bryka po ulicach Francji autkiem...
Jest godzina po 22.00 a w małym miasteczku nie opodal Paryża cisza i spokój... nikt nie spaceruje po mieście, nikt nie spaceruje nawet z psem...
Widok... hmmm
Jest super... jutro kolejny dzień...
I na pewno będzie ciekawy.
Przesyłam gorące pozdrowienia, z gorącej Francji
Subskrybuj:
Posty (Atom)