Piszę bo to pomaga, zaprowadzić spokój w moim sercu i głowie, pomaga uporać się z różnymi myślami w mojej główce i nabrać dystansu, czasem do emocji, które we mnie istnieją...
czwartek, 20 października 2011
środa, 19 października 2011
nie ma Ciebie... nie ma mnie...
Nie ma Ciebie nie ma mnie...
Zasypiam przed 23, pracuję na zwiększonych obrotach.
Znajduję sobie zajęcia by po prostu nie myśleć.
Unikam ludzi...
Zamykam się w sobie razem ze swoim smutkiem.
Spoglądam kilkanaście razy na telefon w nadziei, że po prostu nie usłyszałam dźwięku telefonu.
Nie ma Ciebie nie ma mnie...
Każdy dzień oddala mnie od Ciebie, a ja udaję, że to nic nie boli.
Zaczynam przyzwyczajać się do faktu, że Cię nie ma.
Boli...
Tylko co z tego...Nie radzę sobie
wtorek, 18 października 2011
zniknąć — znikać
1. stać się niewidocznym dla kogoś
2. odejść, wyjść skądś niepostrzeżenie
3. zginąć
4. przestać istnieć
źródło: Słownik Języka Polskiego....
WYBIERZ SOBIE KTÓRĄ DEFINICJĘ CHCESZ....
poniedziałek, 17 października 2011
Ten moment - ta chwila...
To jest ten moment ta chwila, gdy serce pęka Ci z bólu, rozpada się na tysiące drobnych kawałków...
Pod wpływem alkoholu zdajesz sobie sprawę, że kochasz... że kochasz kogoś tak mocno, że pozwalasz mu odejść... dajesz mu wolną rękę... właściwie drogę... może wybrać czy od tej chwili, od tego momentu będzie szedł z Tobą czy pójdzie swoją drogą...
I właściwie żyjesz nadzieją, że to jednak będzie Wasza wspólna droga...
A jednak nie...
Otwierasz wino i masz nadzieję, że ono ukoi ból, ból ciszy, samotności...
Ale ono tylko wspomaga ten ból, sprawia, że mocniej odczuwasz wszystkie te uczucia, które chcesz by zniknęły...
czyli tą pieprzoną miłość, to Twoje kochanie... pieprzoną tęsknotę, i ten cholerny ból, który sprawia, że dając krok nie możesz oddychać...
ból, który grzęźnie w klatce piersiowej i sprawia, że nie możesz złapać oddechu, że ni możesz normalnie oddychać...
Pieprzona miłość...
Pieprzona cisza...
Bo nikt nie walczy o Ciebie i o Twoją, Własną, Osobistą Pieprzoną MIŁOŚĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
niedziela, 16 października 2011
Ludzkie łzy to z jednej strony wyraz ogromu cierpienia, lecz z drugiej także ulga. Razem z łzami wypływa cierpienie, by zrobić miejsce na nową, kolejną falę bólu. Inaczej ból przestałby się w nim mieścić.
... i chciałabym aby wreszcie popłynęły... chciałabym poczuć tą ulgę...
Dziś patrzę w to samo niebo tymi samymi oczami... ale dziś już jest inny dzień...
Otacza mnie cisza, ta której tak naprawdę się spodziewałam, już w momencie ucieczki... właściwie już w momencie gdy wręczałam list... poczułam, że to ten czas, właśnie w tym momencie...
brakowało słów, właściwie grzęzły one w gardle, ważne było by zachować twarz, nie uronić ani jednej łzy i być dzielną do końca... nie pokazać słabości...
bo przekonanie jest takie, że ja jestem silna... odważna i zawsze sobie dam radę...
"Są dwa światy i nas jest dwoje..."
Ocierają się o siebie raz na jakiś czas, na jedną noc, lub na kilka godzin, wówczas się łączą czasem w miłosnym uniesieniu... a potem każdy z nas wraca do swojego świata...
Mi wychodzi to znacznie gorzej... nie potrafię cieszyć się już tymi chwilami, bo gdy tylko światy się łączą zaczynam myśleć o tym, że wkrótce ponownie będą one osobno...
Nie łudzę się, że będzie happy end... on zdarza się w harleqinach... albo komediach romantycznych...
nie szukając nie znajdujesz...
nie walcząc nie wygrywasz...
walczyłam, zrobiłam co mogłam... dziś już tylko czekam na coś co nigdy nie nastąpi...
i wiem, że straciłam kilka kolejnych spotkań pomiędzy ważnymi a ważniejszymi sprawami...
że straciłam uśmiech, radość, dźwięk głosu, zapach...
straciłam to wszystko nie zamykając na chwilę oczy... ale pozwalając zadecydować... mówiąc o swoich uczuciach i uciekając, znikając...
jednak dając możliwość wyboru...
Łatwiej żyje się bez tej pamięci, o wiele gorzej z nią, ale za to żyje się mądrzej i prawdziwiej. Jest to prawda gorzka, ale dumna.
Z całą pewnością gorzej żyje się z pamięcią o tym co było, co czułam, czuję i będę czuć... Niesamowicie trudno zasypiać ze świadomością, że coś się skończyło, że marzenia trzeba zmienić... że ta miłość nie miała prawa bytu... że to ja... zwyczajna ja pozwoliłam sobie na chwilę słabości...
Jutro nowy dzień... inny od innych...
właściwie już nic nie będzie takie...
środa, 12 października 2011
Przedwcześnie pozbawiona złudzeń rzygam na sztuczność uczuć...
Time out... time out... time out...
Od prawie roku ciągle o coś walczę...
o siebie,
o pracę,
o mieszkanie,
o byt,
o przeżycie,
o coś swojego,
o pieniądze,
o jutro,
o uczucia...
czuję, że ostatnie kilkanaście miesięcy to ciągła walka, każdego dnia o coś...
Każdego dnia wstaję z przeświadczeniem, że coś wygram albo poniosę klęskę.
Bo każdy dzień to walka...
Każdy co dzień o coś walczy, ale ja mam poczucie, że moje życie to ciągła walka, gdyby tak podsumować wszystkie bitwy jaki byłby bilnas?
Mam wrażenie, że w tych najważniejszych aspektach mojego życia okazałoby się, że poniosłam klęskę...
Tak ważne dla mnie uczucia... moja cholerna ambicja... to niczego mnie to nie zaprowadziło...
Nadal stoję w martwym punkcie...
Uczucia? Sromotna klęska... cofam się z każdym dniem... nic nie staję się prostsze a czas? Upływ czasu każdego dnia sprawia, że czuję się bardziej zmęczona... bardziej przybita psychicznie...
Nic nie wiem o tej krzyczącej beznadziei, wobec której jestem bezsilna.
Tak, właśnie czuję się bezsilna i czuję że zapadam się w jakiejś beznadziei.
Czasem mam ogromną ochotę krzyczeć, drzeć się w niebogłosy...
wykrzyczeć cały ten ból...
Poddaję się, upadam i nie mam ochoty tak naprawdę na to by się podnieść.
Chciałabym aby moja walka się skończyła - chociaż jedna bitwa, która zakończy się zwycięstwem.
Wiem, że nic nie przychodzi bez walki, ale ile można walczyć....
Czasami to walka z nieznanym wrogiem, z obojętnością... z czasem...
Mam dość...
Dlatego Time Out... for Me...
piątek, 7 października 2011
zle, zle, bardzo zle... albo nawet jeszcze gorzej...
Ten miesiąc jest szczególny, wkrótce minie rok od wielkich życiowych zmian... miał również zapoczątkować kolejne, miał tak naprawdę zapoczątkować zamknięcie "nie domkniętych ksiąg".
To właśnie teraz miałam rozwiązać ostatni supełek na moim sznurku przeszłości.
Dziś już wiem, że będzie to nie możliwe, niestety dziś złe wiadomości zupełnie mnie załamały.
Usiadałam i po prostu się rozpłakałam... bo jestem bezsilna wobec pewnych spraw... do tego mam poczucie nie sprawiedliwości...
Każdy z nas za swoją pracę jest wynagradzany, czy odpowiednio... z tym bywa różnie.
Ja lubię swoją pracę, czasem nawet mówię, że jestem pracoholiczką ale jest mi z tym dobrze...
tylko dziś okazało się, że równie dobrze mogę nic nie robić, albo robić to co robię byle jak a wynagrodzenie będzie takie same...
Boli, że staram się... że wypruwam sobie przysłowiowe flaki... a tak naprawdę nie ma to znaczenia...
Chce mi się kląć... i klnę jak szewc, wczoraj poprosiłam moją "Psiółkę" by napisała opowiadanie z największą ilością przekleństw... dziś sama mogłabym ułożyć niezły poemat....
To będzie ciężki miesiąc... zastanawiam się z czego powinnam zrezygnować... z obiadów (i tak w zasadzie ich nie jem) a może ze śniadań....
Niestety dobijające jest to w naszym "Kochanym Kraju", że stoimy przed dylematami, czy zjeść śniadanie czy kolację?
Przyprawia mnie o łzy świadomość, że pracowałam ciężko a moje wynagrodzenie nie jest adekwatne do włożonej pracy...
No cóż, supełek zostanie na pierdzielonym sznurku jeszcze troszkę... bułek nie będzie... (przynajmniej schudnę !!) woda w kranie jest bez limitów... coś się wymyśli...
A tak poważnie mówiąc wiem, że będzie źle... baaaaaaaaaaardzo źle....
Ale patrząc na zdjęcie, które za chwilę umieszczę ocieram łzy i myślę sobie:
"Ja dam sobie radę! Muszę sobie dać radę! Nie poddam się!
Od roku walczę o siebie, z różnym skutkiem... ale żyję, mam przyjaciół, którzy pomagają, wysłuchają.
Walczę i będę walczyć, bo zbyt dużo już przeszłam, by teraz się poddać. Mimo, że dziś sznur kojarzył mi się tylko z szubienicą, na której pozostaje mi się powiesić.
To jednak każdy ma problemy każdy się z nimi boryka, ale nas Cholery cechuje to, że mimo wszystko podnosimy się i walczymy dalej, bo walczymy o siebie więc dodam tylko komentarz do zdjęcia:
Następnym razem gdy pomyślisz, że nie lubisz swojego życia pomyśl o tym jak wielu innych chciałoby je mieć...
To właśnie teraz miałam rozwiązać ostatni supełek na moim sznurku przeszłości.
Dziś już wiem, że będzie to nie możliwe, niestety dziś złe wiadomości zupełnie mnie załamały.
Usiadałam i po prostu się rozpłakałam... bo jestem bezsilna wobec pewnych spraw... do tego mam poczucie nie sprawiedliwości...
Każdy z nas za swoją pracę jest wynagradzany, czy odpowiednio... z tym bywa różnie.
Ja lubię swoją pracę, czasem nawet mówię, że jestem pracoholiczką ale jest mi z tym dobrze...
tylko dziś okazało się, że równie dobrze mogę nic nie robić, albo robić to co robię byle jak a wynagrodzenie będzie takie same...
Boli, że staram się... że wypruwam sobie przysłowiowe flaki... a tak naprawdę nie ma to znaczenia...
Chce mi się kląć... i klnę jak szewc, wczoraj poprosiłam moją "Psiółkę" by napisała opowiadanie z największą ilością przekleństw... dziś sama mogłabym ułożyć niezły poemat....
To będzie ciężki miesiąc... zastanawiam się z czego powinnam zrezygnować... z obiadów (i tak w zasadzie ich nie jem) a może ze śniadań....
Niestety dobijające jest to w naszym "Kochanym Kraju", że stoimy przed dylematami, czy zjeść śniadanie czy kolację?
Przyprawia mnie o łzy świadomość, że pracowałam ciężko a moje wynagrodzenie nie jest adekwatne do włożonej pracy...
No cóż, supełek zostanie na pierdzielonym sznurku jeszcze troszkę... bułek nie będzie... (przynajmniej schudnę !!) woda w kranie jest bez limitów... coś się wymyśli...
A tak poważnie mówiąc wiem, że będzie źle... baaaaaaaaaaardzo źle....
Ale patrząc na zdjęcie, które za chwilę umieszczę ocieram łzy i myślę sobie:
"Ja dam sobie radę! Muszę sobie dać radę! Nie poddam się!
Od roku walczę o siebie, z różnym skutkiem... ale żyję, mam przyjaciół, którzy pomagają, wysłuchają.
Walczę i będę walczyć, bo zbyt dużo już przeszłam, by teraz się poddać. Mimo, że dziś sznur kojarzył mi się tylko z szubienicą, na której pozostaje mi się powiesić.
To jednak każdy ma problemy każdy się z nimi boryka, ale nas Cholery cechuje to, że mimo wszystko podnosimy się i walczymy dalej, bo walczymy o siebie więc dodam tylko komentarz do zdjęcia:
czwartek, 6 października 2011
"I w końcu, nie wiemy już, co się liczy.
Granice się zacierają.
Jesteśmy jak wolne elektrony.
Zamiast mózgu mamy kartę kredytową,
zamiast nosa - odkurzacz,
i nic na miejscu serca."
Wieczór i muzyka, obok łóżka lampka czerwonego wina.
Uciszyłam dziś swoje pragnienia i uczucia. Staram się nie "czuć".
Zastanawiam się ile osób, ile kobiet i mężczyzn stara się uciszyć swoje prawdziwe uczucia i pragnienia.
Ile z nas zasypia z zamkniętymi na klucz myślami...
Jak często nie pozwalamy sobie na szczerość wobec siebie samych, nie mówimy głośno, że czegoś chcemy?
Dlaczego nam kobietą tak trudno przychodzi przyznać się i powiedzieć na głos "Dziś mam ochotę na seks..."
Zastanawiam się nad tym...
Czy to kwestia wychowania ? A może kompleksów? Sama nie wiem czego jeszcze?
A może nam kobietom po prostu nie wypada?
Ale czy nie wypada mówić o swoich potrzebach? O swoich pragnieniach?
Czy tak sama jest ze słuchaniem swojego serca?
Sądząc po sobie pewnie tak, częściej rozum wygrywa, wyszukuje kontr argumenty i serce milknie...
U mnie są jeszcze emocje, które czasem biorą górę, ale zauważyłam ostatnio jedną prawidłowość...
Zaczynam milczeć... przestaję komentować pewne sytuacje, słowa, wydarzenia...
Nie wypowiadam swojego zdania...
Zaczynam milczeć, gdy jakieś słowa w jakiś sposób mnie zabolą, gdy czuję, że moje słowa i nie będą mieć znaczenia...
Przewiduję pewne scenariusze... scenariusze mojego własnego życia, niestety czasem żałuje, że nie mam dublerki...
albo nie mogę zmienić reżysera tej tragikomedii...
Dzisiejszy dzień skomplikowany... za rogiem czai się niepewność...
może bardziej strach...
troszkę irytacji...
pewne sprawy zamiast się rozwiązywać nadal stoją w miejscu i irytujące jest to, że rozwiązanie ich już nie zależy ode mnie... bo co mogłam to pokazałam...
Więc... leżę sobie w łóżku... czekam - nie czekając...
słucham muzyki i swojego serca... tak słucham dziś jak biję...
jest jakby troszkę spokojniejsze... jakby mniej go było...
POSŁUCHAJ SWOJEGO SERCA ZANIM POWIESZ MU ŻEGNAJ...
Granice się zacierają.
Jesteśmy jak wolne elektrony.
Zamiast mózgu mamy kartę kredytową,
zamiast nosa - odkurzacz,
i nic na miejscu serca."
Wieczór i muzyka, obok łóżka lampka czerwonego wina.
Uciszyłam dziś swoje pragnienia i uczucia. Staram się nie "czuć".
Zastanawiam się ile osób, ile kobiet i mężczyzn stara się uciszyć swoje prawdziwe uczucia i pragnienia.
Ile z nas zasypia z zamkniętymi na klucz myślami...
Jak często nie pozwalamy sobie na szczerość wobec siebie samych, nie mówimy głośno, że czegoś chcemy?
Dlaczego nam kobietą tak trudno przychodzi przyznać się i powiedzieć na głos "Dziś mam ochotę na seks..."
Zastanawiam się nad tym...
Czy to kwestia wychowania ? A może kompleksów? Sama nie wiem czego jeszcze?
A może nam kobietom po prostu nie wypada?
Ale czy nie wypada mówić o swoich potrzebach? O swoich pragnieniach?
Czy tak sama jest ze słuchaniem swojego serca?
Sądząc po sobie pewnie tak, częściej rozum wygrywa, wyszukuje kontr argumenty i serce milknie...
U mnie są jeszcze emocje, które czasem biorą górę, ale zauważyłam ostatnio jedną prawidłowość...
Zaczynam milczeć... przestaję komentować pewne sytuacje, słowa, wydarzenia...
Nie wypowiadam swojego zdania...
Zaczynam milczeć, gdy jakieś słowa w jakiś sposób mnie zabolą, gdy czuję, że moje słowa i nie będą mieć znaczenia...
Przewiduję pewne scenariusze... scenariusze mojego własnego życia, niestety czasem żałuje, że nie mam dublerki...
albo nie mogę zmienić reżysera tej tragikomedii...
Dzisiejszy dzień skomplikowany... za rogiem czai się niepewność...
może bardziej strach...
troszkę irytacji...
pewne sprawy zamiast się rozwiązywać nadal stoją w miejscu i irytujące jest to, że rozwiązanie ich już nie zależy ode mnie... bo co mogłam to pokazałam...
Więc... leżę sobie w łóżku... czekam - nie czekając...
słucham muzyki i swojego serca... tak słucham dziś jak biję...
jest jakby troszkę spokojniejsze... jakby mniej go było...
POSŁUCHAJ SWOJEGO SERCA ZANIM POWIESZ MU ŻEGNAJ...
...
Chciałabym upić się do nieprzytomności i nie czuć...
nie czuć, że mam pragnienia...
że mam marzenia...
że czuję...
nie czuć się jak idiotka...
Fuck.... fuck... fuck...!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zatracić się w alkoholu i nie pamiętać tego wieczoru...
wtorek, 4 października 2011
Właśnie zamykam oczy...
Leżę i odpoczywam... pokój powoli wypełnia muzyka...
Tak, to mój wieczór, chociaż właściwie brakuje mi do tego lampki wina, ale może nadrobię jutro...
Jest w porządku, wracam do siebie i biorę się za siebie. Dziś ogrom zaległych spraw załatwionych i poczucie, że wreszcie coś się udaje.
Obudzona przypomniałam sobie dzisiejszy sen... pocałunek... długi i namiętny z mężczyzną, którego bardzo kochałam a już go nie ma wśród nas...
Zawsze, gdy mi się śni czuję, że wszytko idzie we właściwą stronę i dziś mam właśnie takie poczucie.
Poczucie spokoju ... chyba od dłuższego czasu tego właśnie mi brakowało.
We wnętrzu mnie szalała burza nie do opanowania. Nie radziłam sobie z tym co mnie otaczało....
A dziś słońce świeci... a ja zwyczajnie się uśmiecham
i dziś :-) zanurzam się w dźwiękach muzyki, która koi moją duszyczkę i serducho...
Dobrze utonąć właśnie w tych dźwiękach, nutach...
Przypomina mi się pianino i klawisze biało czarne po których zgrabne dłonie wygrywają melodię...
Tęsknie za tym... na zapachem muzyki... nut... za dotykiem biało czarnych klawiszy...
To miła tęsknota... chociaż jedna...
Dobrej nocy...
Leżę i odpoczywam... pokój powoli wypełnia muzyka...
Tak, to mój wieczór, chociaż właściwie brakuje mi do tego lampki wina, ale może nadrobię jutro...
Jest w porządku, wracam do siebie i biorę się za siebie. Dziś ogrom zaległych spraw załatwionych i poczucie, że wreszcie coś się udaje.
Obudzona przypomniałam sobie dzisiejszy sen... pocałunek... długi i namiętny z mężczyzną, którego bardzo kochałam a już go nie ma wśród nas...
Zawsze, gdy mi się śni czuję, że wszytko idzie we właściwą stronę i dziś mam właśnie takie poczucie.
Poczucie spokoju ... chyba od dłuższego czasu tego właśnie mi brakowało.
We wnętrzu mnie szalała burza nie do opanowania. Nie radziłam sobie z tym co mnie otaczało....
A dziś słońce świeci... a ja zwyczajnie się uśmiecham
i dziś :-) zanurzam się w dźwiękach muzyki, która koi moją duszyczkę i serducho...
Dobrze utonąć właśnie w tych dźwiękach, nutach...
Przypomina mi się pianino i klawisze biało czarne po których zgrabne dłonie wygrywają melodię...
Tęsknie za tym... na zapachem muzyki... nut... za dotykiem biało czarnych klawiszy...
To miła tęsknota... chociaż jedna...
Dobrej nocy...
poniedziałek, 3 października 2011
Nigdy...
Wracam do normalności...
Moje fobie i strachy przestały mnie dominować. Przez cały weekend miałam huśtawki uczuć... w sobotę dopadły mnie dwie małpy: depresja i chandra, wziełam je na przeczekanie...
Niedziela już zupełnie inna po nie przespanej nocy wróciłam do normalności.
Poukładałam sobie troszkę w głowie, wytłumaczyłam co nieco sama sobie i zasnęłam spokojniejsza.
W głowie stworzyłam mały plan działań.
Nie poddaję się. Nigdy się nie poddam - tak właśnie ma być.
Wiele złych rzeczy się dzieję, w okół mnie w okół moich przyjaciół. Śmierć, choroby, strata pracy...
Zło jest, było i będzie - oczywista oczywistość. Jeszcze nie raz się z nim zetknę, jeszcze nie raz będę bez sił, będę chciała się poddać. Ale dziś wiem, że ta Cholera co we mnie jest, nawet jak się wyciszy na kilka dni to potem uderzy i to z podwójną siłą i nigdy, prze nigdy nie pozwoli mi się poddać.
Jeszcze troszkę zasmarkana, zakichana ale już walczę...
Chce iść do przodu, jeszcze kilka dni i ułożę jakiś scenariusz. Muszę bo ten miesiąc finansowo będzie bardzo kiepski, już jest kiepsko ale sobie poradzę.
Jakoś się wszystko poukłada, wszystko musi zmierzać w końcu ku dobremu i ja będę się tak kierowała.
A przy okazji przypomniał mi się film, który przypomina mi o tym, że nie można się poddawać.
A często nasze strachy, fobie i obawy są tylko naszym wyobrażeniem i musimy się z nim zmierzyć aby pójść do przodu....
Więc do przodu brnę...
sobota, 1 października 2011
Amen....
"Nie daj mi, Boże, podróżować tam, dokąd nie powinniśmy podróżować. Uchroń mnie przed wędrówką w czasie, pozwól mi zostać tam, gdzie jest miejsce moje. Pozwól mi mieszkać między przyszłością a przeszłością, między jutrem a wczoraj. Niech się nic, co się stało, nie odstaje, i niech się nie staje nic, co jeszcze nie dojrzało, aby stać się. Niech się dzieje normalność, choćby była najokrutniejsza, i niech się nie cofa anie niech się nie spieszy zegar czasu mego, niech nie wracają cienie świetności ani marności mojej. Amen.
Otwieram oczy"
A.Osiecka "Zabiłam ptaka w locie"
Brnę przez słowa Pani Agnieszki i w jej opowiadaniach widzę siebie, swoje alter ego...
Widzę siebie jako kobietę, która nie może odnaleźć się po osobistych tragediach, widzę siebie jak unoszę się jak feniks z popiołów...
Upadam i wnoszę się...
Przeszłość mniej boli, przyszłość staje się bardziej dostępna...
Rozwiązuję kolejne supełki na sznurku mojego życia... jestem bliżej... bliżej rozwiązań, które jeszcze kilkanaście tygodni temu wydawały się nie do rozwiązania...
Już nic nie przyspieszam, już niczego nie gonię, teraz po prostu czekam ... może nie biernie... ale czekam...
Na możliwość zadania pytań, chociaż wiem, że odpowiedzi mogą zaboleć... ale najwyższa pora zmierzyć się z odpowiedziami, które mogą zaboleć. Chcę wiedzieć, chcę mieć pewność. Chce wiedzieć Kim jestem... i dlaczego właściwie jestem...
Ten czas nadejdzie...
Jest blisko...
A ja sobie pomieszkam między przyszłością a przeszłością... między jutrem a wczoraj...
niedziela, 25 września 2011
List nie wysłany...
Mój Drogi,
a może powinnam napisać "Mój Kochany"? Czy to właściwie ma znaczenie? Chyba nie zupełnie, tak jak nie ma znaczenia w jakiej formie napiszę ten list. Wiesz ja właściwie bardzo żałuje, że ludzie przestali do siebie pisać zwykłe listy, ja chętnie z niecierpliwością czekałabym na taki list, sprawdzałabym co dzień skrzynkę... a potem odebrała list i pełna emocji zaczęłabym go czytać...
Tylko, że do mnie nikt nie piszę listów... chyba, że Urząd Skarbowy, albo Inkasent z gazowni lub kurier z firmy kurierskiej... tylko, że ich listy nie mają tak na prawdę większego znaczenia...
Nie... listy umarły śmiercią naturalną... a przecież mają w sobie pewną tajemnice, magie i ogrom uczuć przelanych na papier... czasem skropione perfumami, a na kopercie można odbić kształt ust... czy to infantylne? Sama nie wiem...
Listy, zastąpiły maile... najczęściej krótkie, zdawkowe zdania, pytani lub informacje, co, gdzie, jak i kiedy... Trudno w nich znaleźć emocje...
Nie pamiętam już kiedy napisałeś do mnie dłuższy list, przepraszam mail... ostatnio nie piszesz...
Ale nie o tym miało być...
Dziś tęsknie za Tobą (żadna nowość, prawda?) tylko, że ja tęsknie a Ty na to pozwalasz...
Są listy, które piszę do Ciebie w myślach, w danej chwili, pod wpływem wydarzeń, rozmów, emocji...
Ten piszę już tak na prawdę kilka miesięcy... słowa starannie napisane na papeterii specjalnie dobranej... koperta oznaczona "Dla F...."
Nie otrzymałeś nigdy tego listu, chociaż napisany dla Ciebie, leży schowany w mojej szufladzie i co raz częściej żyję z przekonaniem, że już go nie otrzymasz...
Dziś piszę kolejne słowa do, lub dla Ciebie jak wolisz... słowa, których ponownie nie zobaczysz, literki, których nie dane Ci będzie przeczytać...
Powoli znikam z Twojego życia, małymi kroczkami, chyba bardziej dla siebie niż z Twojego powodu...
Nie zauważasz tego, a może widzisz i tak po prostu wolisz? Nie szukasz mnie...
Czasem chciałabym abyś mnie znalazł, szczególnie w tym moim smutku, w rozpaczy, która czasem rozbija mnie na drobne kawałki...
Czasem czuję się jak potłuczony wazon, który ktoś chciał naprawić, ale źle ułożył identyczne części...
Właściwie nie wiem co mam zrobić, i jak się zachować... zgubiłam się, zgubiłam się z uczuciami do Ciebie, a najgorsze jest to, że nie mam odwagi by Ci o nich opowiedzieć. Tylko, że jak mam to zrobić, skoro nie mamy dla siebie czasu, skoro zawsze jest coś ważniejszego i pilniejszego niż ja...
Przyzwyczaiłam się do faktu, że się zdarzam...
Trudno mi jednak gdy czuję, że jestem nikim ...
Dziś nawet nie potrafię znaleźć słów by to wszystko opisać...
Bo jak mam opisać, moją tęsknotę... ból... i rozczarowanie...
Jesteś a jednak Cię nie ma... raz na kilka miesięcy darujesz mi wieczór i noc...
a potem znikasz i zostawiasz mnie w pustym łóżku... z kilkoma słowami, że wrócisz... wracasz, ponownie za miesiąc, dwa lub więcej... i znowu darujesz mi wieczór i noc...
i koło się zamyka...
Powitania i rozstania...
Z uniesień pozostaje mi uniesienie brwi, a ze wzruszeń: wzruszenie ramionami...
sobota, 24 września 2011
W pokoju panuje mrok, lekką poświatę daje monitor...
Za oknem niebo spowite chmurami a czterech ścianach ja...
Pomiędzy ciszą a ciszą słychać klikanie klawiatury, ale czy tylko...
Gdyby się wsłuchać jest więcej dźwięków...
Słychać biegnące myśli, są daleko jak zawsze...
Słychać jak tęsknota obija się o ściany pokoju, uderza o nie z hukiem i rozbija się na podłodze...
Słychać bicie serca, próbuje uderzać miarowo, jakby w tak... Bach, Schubert... prędzej Paganini...
Wsłuchuję się tą muzykę, w tą ciszę przerywaną deszczem...deszczem łez...spływają po policzku i opadają na podkoszulek...
Raz, dwa, trzy, cztery... aby zasnąć liczę... liczę nie spełnione marzenia, nie dotrzymane obietnice...
skrajności, w które wpadam...
Liczę dni... od spotkania do spotkania...
Wkrótce październik... a potem listopad, grudzień, styczeń i luty... a co będzie potem...
Według naszego kalendarza będzie marzec...
Według moich obliczeń, coś się skończy... a może już się skończyło, tylko ja uporczywie się tego trzymam...
Cóż jeszcze mogę policzyć?
Czy liczyliście kiedyś łzy spływające po policzku?
Jakie to uczucie...
na początku łza wypływa z oka... przesuwa się blisko nosa... czuć jej delikatność... potem tuż przy nosie czuć słoność łzy... a gdy spływa po policzku zaczyna delikatnie łaskotać, jakby chciała przeprosić, że płynie...
jakby chciała wynagrodzić smutek łaskotaniem...
Znowu cisza w okół mnie...
pustka...
cztery ściany...
głęboki wdech...
i głęboki szloch,
twarz ukryta w dłoniach tak by nikt nie zobaczył łez...
ale przecież nikt tego nie widzi...
przecież jestem sama...
tak zwyczajnie sama...
z głupią miłością, która niszczy mnie ....
z naiwnością, która na co dzień ze mnie kpi...
Pozwólcie mi zasnąć na dłużej...
I nie śnić... nie kochać... i nie czuć...
pozwólcie mi...
a jutro będzie inaczej... za horyzontem pojawi się nowy dzień,
a ja ponownie będę udawać, że wszystko gra...
a jutro będzie inaczej... za horyzontem pojawi się nowy dzień,
a ja ponownie będę udawać, że wszystko gra...
piątek, 23 września 2011
Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham...
Kiedy przyszła pora na sen Mały Brązowy Zajączek chwycił Dużego za bardzo długie uszy. Chciał, żeby Duży Brązowy Zając usłyszał każde jego słowo.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham - powiedział.
- I pewnie nigdy się tego nie dowiem - odparł Duży. - Oooo tak - zawołał Mały Brązowy Zajączek i rozłożył ramiona tak szeroko, jak tylko potrafił. Duży Brązowy Zając miał jeszcze dłuższe ramiona.
- A ja kocham ciebie TAK bardzo - powiedział. "Hm, to naprawdę bardzo" - pomyślał Mały. - Kocham cię tak wysoko, jak tylko mogę dosięgnąć - powiedział Mały Brązowy Zajączek. - A ja ciebie kocham tak wysoko, jak JA potrafię dosięgnąć - odparł Duży Brązowy Zając. "To dopiero jest wysoko! - pomyślał Mały. - Też chciałbym mieć takie ramiona". Wtedy Mały Brązowy Zajączek wpadł na wspaniały pomysł. Podszedł do drzewa, stanął na przednich łapkach, a tylne oparł wysoko o pień.
- Kocham cię od ziemi aż po czubeczki moich stóp!- powiedział.
- I ja cię kocham aż po czubeczki twoich stóp - odparł Duży Brązowy Zając,
podrzucając Małego wysoko ponad głowę. - Kocham cię tak wysoko, jak skaczę!
- roześmiał się Mały Brązowy Zajączek, podskakując jak piłka. - Ja też ciebie kocham tak wysoko, jak skaczę - rzekł z uśmiechem Duży Brązowy Zając i podskoczył tak wysoko, że aż dotknął uszami gałęzi. "To dopiero był skok - pomyślał Mały Brązowy Zajączek.
- Też chciałbym tak skakać". - Kocham cię tak daleko, jak przez całą drogę do rzeki
- zawołał Mały Brązowy Zajączek. - A ja ciebie kocham jak stąd do rzeki, i na drugi brzeg, i aż po same wzgórza - powiedział Duży. "Ale daleko" - pomyślał Mały Brązowy Zajączek. I tak mu się zachciało spać, że nie miał już siły myśleć.
Spojrzał tylko na trawę i krzewy, w głąb ciemnego wieczoru. Nic nie mogło być dalej niż niebo. - Kocham cię jak stąd do księżyca - wyszeptał i zamknął oczy. - Ach, to daleko - przyznał Duży.
- To bardzo daleko, ale to bardzo daleko. Duży Brązowy Zając ułożył Małego na posłaniu z liści. Pochylił się nad nim i pocałował go na dobranoc. Potem położył się bardzo blisko, tuż obok, i wyszeptał z uśmiechem: - A ja ciebie kocham jak stąd do księżyca ...
... I Z POWROTEM.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham - powiedział.
- I pewnie nigdy się tego nie dowiem - odparł Duży. - Oooo tak - zawołał Mały Brązowy Zajączek i rozłożył ramiona tak szeroko, jak tylko potrafił. Duży Brązowy Zając miał jeszcze dłuższe ramiona.
- A ja kocham ciebie TAK bardzo - powiedział. "Hm, to naprawdę bardzo" - pomyślał Mały. - Kocham cię tak wysoko, jak tylko mogę dosięgnąć - powiedział Mały Brązowy Zajączek. - A ja ciebie kocham tak wysoko, jak JA potrafię dosięgnąć - odparł Duży Brązowy Zając. "To dopiero jest wysoko! - pomyślał Mały. - Też chciałbym mieć takie ramiona". Wtedy Mały Brązowy Zajączek wpadł na wspaniały pomysł. Podszedł do drzewa, stanął na przednich łapkach, a tylne oparł wysoko o pień.
- Kocham cię od ziemi aż po czubeczki moich stóp!- powiedział.
- I ja cię kocham aż po czubeczki twoich stóp - odparł Duży Brązowy Zając,
podrzucając Małego wysoko ponad głowę. - Kocham cię tak wysoko, jak skaczę!
- roześmiał się Mały Brązowy Zajączek, podskakując jak piłka. - Ja też ciebie kocham tak wysoko, jak skaczę - rzekł z uśmiechem Duży Brązowy Zając i podskoczył tak wysoko, że aż dotknął uszami gałęzi. "To dopiero był skok - pomyślał Mały Brązowy Zajączek.
- Też chciałbym tak skakać". - Kocham cię tak daleko, jak przez całą drogę do rzeki
- zawołał Mały Brązowy Zajączek. - A ja ciebie kocham jak stąd do rzeki, i na drugi brzeg, i aż po same wzgórza - powiedział Duży. "Ale daleko" - pomyślał Mały Brązowy Zajączek. I tak mu się zachciało spać, że nie miał już siły myśleć.
Spojrzał tylko na trawę i krzewy, w głąb ciemnego wieczoru. Nic nie mogło być dalej niż niebo. - Kocham cię jak stąd do księżyca - wyszeptał i zamknął oczy. - Ach, to daleko - przyznał Duży.
- To bardzo daleko, ale to bardzo daleko. Duży Brązowy Zając ułożył Małego na posłaniu z liści. Pochylił się nad nim i pocałował go na dobranoc. Potem położył się bardzo blisko, tuż obok, i wyszeptał z uśmiechem: - A ja ciebie kocham jak stąd do księżyca ...
... I Z POWROTEM.
czwartek, 22 września 2011
Cierpienie należy do życia. Jeśli cierpisz, znaczy, że żyjesz. Pogódź się z tym mała dziewczynko.
Zastanawiam się z iloma rzeczami muszę się pogodzić...
Ile rzeczy przemilczę, bo właściwie po co o nich mówić, skoro nikt i tak nic nie zrobi?
Kolejny wieczór przytulam twarz do poduszki, otulam się nią, zasypiam wyobrażając sobie, że nie zasypiam sama, że w ogóle to ja nie jestem sama.
Nie jem sama obiadów, nie jem sama kolacji, nie spaceruję sama z psem.... nie jestem sama...
Wyobrażam sobie, że obok mnie po prostu Ktoś jest....
ale to tylko puste wyobrażenia, bo po przebudzeniu to ja sama wyłączam budzić. Robię sobie sama kawa, czasem śniadanie... sama w samotności dnia je konsumuje....
A potem snuję się po mieszkaniu szukając czegoś do zrobienia a by tak nie czuć się sama...
Jest bowiem kilka odmian ciszy: najlepsza jest ta, która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu...
Chcę zniknąć, schować się, zrozumieć swoje uczucia... przemyśleć to...
Wydarzenia i sytuacje zaczynają przelewać czarę goryczy... co raz gorzej jest mi z samą sobą... miotam się z tymi cholernymi uczuciami i brakuje mi odwagi by zwyczajnie o nich porozmawiać, ale czy można zwyczajnie? NIE!! Cholera NIE!!
Nie wiem którą drogą pójść, dziś wiem, że potrzebuję głębokiego oddechu, potrzebuje odpocząć od wszystkiego, od uczuć, i sama nie wiem jeszcze od czego...
Chciałabym powiedzieć: NIE MA MNIE! TU TAKA NIE MIESZKA...
piątek, 16 września 2011
Kolejny raz sprawdziłam pocztę, sama nie wiem po co przecież na nic nie czekam...
a jednak...
popłynęły łzy...
kolejny samotny wieczór, wśród czterech scian..
co prawda przyzwyczajam się do ciszy, do nie czekania, nie kochania, nie tęsknienia, nie bycia, nie czucia, nie myślenia, nie dotyku...
fajnie słowo to nie... pokazuje jak nie wiele mam, i jak nie wiele znaczę...
Chce po prostu zasnąć i dziś już nie czuć...
przecież to co czuje i tak nie ma znaczenia.... niedziela, 11 września 2011
Muzycznie... a może nostalgicznie...
A dziś muzycznie...
Uśmiechałam się dziś... jechałam swoim autobusem geriatrycznym do pracy (tak nazwałam ten autobus ponieważ 3/4 pasażerów to staruszkowie) czasem jestem jedyną w miarę młodą osóbką na pokładzie szalonego autobusu. Mimo to słychać śmiech, rozmowy i radość... czasem słyszę o smutnych rzeczach - wrednych i wyrodnych dzieciach, zagrażających życiu chorobach a czasem jestem światkiem śmiesznych sytuacji....
Zasłuchana w mojej muzyce często nie zwracam uwagi na nic...
Dziś patrzyłam na Wielkie Miasto, zmienia się - przygotowuje się na Jesień, a ja właściwie lubię jesień...
Lubię gdy słońce wynurza się zza chmur i pada pomiędzy drzewa... daje mi jeszcze radość, której czasem tak brak...
Dziś ponownie się zakochałam w Wielkim Mieście i jeszcze w Kimś...
Ale od początku...
Wielkie Miasto jest Wielkie... ale są zakątki, w których ginie cały ten tłok, hałas, harmider... a ja lubię takie miejsca...
Zaraz po pracy wysiadałam w połowie drogi i poszłam w moje ulubione miejsce... Barbakan... usiadłam na cegłach i przypomniała mi się scena z Danielem Olbryskim na Barbakanie z filmu (prawdopodobnie, bo nie jestem pewna) "Żona dla Milionera"? Daniel gra malarza i właśnie na Barbakanie wystawia swoje obrazy...
Dziś nie było Daniela a także nie było jego obrazów, była Warszawa.... jak dla mnie cicha i tajemnicza... gdy robi się ciemno wszystko cichnie... nawet miasto... uwielbiam takie chwile, gdzie wiatr szumi mi w uszach, gdy czuję go na policzkach, gdy zamykam oczy i po prostu słucham... chciało by się wtedy posłuchać Paganiniego...
Wydaje mi się, że Paganini byłby idealny dla Wielkiego Miasta... i dla mojej drugiej miłości...
Zaczęłam czytać bajki Agnieszki Osieckiej i niestety zakochałam się... w bajkach, w opowiadaniach i w wierszach (o piosenkach już nie wspomnę)
Martwi mnie jedno ta miłość będzie mnie drogo kosztowała...
Już wypatrzyłam 3 książki, które po prostu muszę, ale to naprawdę muszę mieć...
Osiecka... zapomniałam o niej... a ona tak dobrze działa mi na duszę...(nie tą od żelazka)...
Tak inaczej dziś... tak spokojniej... pora na sen... chociaż książka przyciąga jak magnez - ech te jej bajki, niby dla dzieci a dorosły może się w nich zakochać...
Szkoda swoją drogą, że w dzieciństwie nikt nie pomyślał o czytaniu mi bajek...
czwartek, 8 września 2011
"Obiecaj mi, że pewnego dnia będziemy wracać do jednego domu, zasypiać się budzić się w jednym łóżku, jeść śniadanie w jednej kuchni, parzyć sobie nawzajem kawę po nieprzespanej nocy, dawać sobie całusa przed wyjściem do pracy, na uczelnie, czy gdzieś...
a potem wracać znowu do siebie..."
Tego chyba właśnie potrzebujemy...
Nie obietnic, ale pewności...
Nie słów kiedyś, coś, jakoś, nadrobimy, następnym razem, gdzieś...
Potrzebujemy wiedzieć, czuć...
Nie tylko widzieć co jakiś czas literki na ekranie monitora, nie mega bajty maili...
Nie dźwięk głosu w słuchawce, nie zimny ekran telefonu na policzku...
Nie chcemy zapewnień, pustych słów, obietnic nie spełnionych, chwil straconych na czekanie...
Jesteśmy, czujemy... pragniemy...
I myślimy i jesteśmy w stanie odejść nie mówiąc dlaczego...
Poddajemy się, gdy widzimy, że walka nie ma już najmniejszego sensu...
potem możemy spojrzeć w lustro i powiedzieć "zrobiłam co mogłam..."
A Ty co powiesz, gdy rano spojrzysz w swoje odbicie??
Subskrybuj:
Posty (Atom)

