czwartek, 8 września 2011




"Obiecaj mi, że pewnego dnia będziemy wracać do jednego domu, zasypiać się budzić się w jednym łóżku, jeść śniadanie w jednej kuchni, parzyć sobie nawzajem kawę po nieprzespanej nocy, dawać sobie całusa przed wyjściem do pracy, na uczelnie, czy gdzieś...
a potem wracać znowu do siebie..."


Tego chyba właśnie potrzebujemy...
Nie obietnic, ale pewności...
Nie słów kiedyś, coś, jakoś, nadrobimy, następnym razem, gdzieś...

Potrzebujemy wiedzieć, czuć...
Nie tylko widzieć co jakiś czas literki na ekranie monitora, nie mega bajty maili...
Nie dźwięk głosu w słuchawce, nie zimny ekran telefonu na policzku...

Nie chcemy zapewnień, pustych słów, obietnic nie spełnionych, chwil straconych na czekanie...

Jesteśmy, czujemy... pragniemy...

I myślimy i jesteśmy w stanie odejść nie mówiąc dlaczego... 

Poddajemy się, gdy widzimy, że walka nie ma już najmniejszego sensu...
potem możemy spojrzeć w lustro i powiedzieć "zrobiłam co mogłam..."


A Ty co powiesz, gdy rano spojrzysz w swoje odbicie??

środa, 7 września 2011

Usiadłam na parapecie i wpatruję się w ciemno niebo, jeszcze kilkanaście dni temu patrzyłam na jasne chmury płynące po niebieskiej tafli i wszystko wydawało się prostsze, łatwiejsze, uśmiechałam się i wierzyłam, że wszystko idzie właściwym torem, że mimo wszystko będzie dobrze i moje puzzle życiowe złożą się w jedną całość. Że każdy mimo iż odrębny kawałek utworzy jakąś jedną konkretną całość.

Brakuje mi lampki wina... mógłby być nawet jakiś tani winiak...

Zaglądam w głąb siebie i chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu nie wiem co zrobić, nie wiem jak postąpić i jak zareagować...
Niestety nie ucieknę przed własnymi myślami, przed własnymi uczuciami...
Jest mi źle, a oczy zaszły łzami tylko co z tego, ile można walczyć, ile można okłamywać samą siebie...

Myślę sobie tak, przypominając słowa "Malutkiej" - ważne, że się zdarzyło...


Więc Drogi Panie F.


Dziękuję za wszystkie chwile, które mi podarowałeś.
Dziękuję za czas poświęcony mojej osobie.


Dziękuję za wszystko co się wydarzyło
Może to mało ale dziś chyba gorycz która mnie ogarnia nie pozwala na napisanie więcej.


Tak jestem rozgoryczona smutna i rozżalona... ale Ty o tym nie wiesz i już się nie dowiesz, bo ja tego nie powiem, nie napiszę bezpośrednio do Ciebie.


Dziś zrezygnowałam z walki, z walki o Twój czas, o Twoją uwagę...
Myślałam, że jeśli Ktoś potrzebuje pomocy, Ktoś kto podobno jest dla nas ważny, znajdziemy dla tego Kogoś czas... Myliłam się - nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni.
Jestem sobie Ktosiem zwykłym Ktosiem, kto sobie kiedyś był... i było fajnie, może nawet zabawnie, czasem przyjemnie, czasem mniej nudno...


Był taki czas, w nie czas... to nie ten czas, bo przyszedł inny czas, więc ten nie w czas poszedł daleko w las...





Uśmiercasz
nieśmiertelną duszę
serce cierpi przez
tysiąclecia
i potrzebuje wtedy
tylko Ciebie
swego oprawcy

*Serce i dusza*

poniedziałek, 5 września 2011

W palcach wyobraźni trzymam niedopałek marzeń....

Zawsze na świecie ktoś na kogoś czeka, czy to na dalekiej pustyni, czy w samym sercu gwarnego miasta. I gdy w końcu skrzyżują się drogi tych dwojga i spotkają się ich spojrzenia, to wtedy znika cała przeszłość i cała przyszłość. Liczy się tylko ta chwila i owa niewiarygodna pewność, że wszystko pod niebieskim sklepieniem zostało zapisane jedną Ręką. Ręką, która obdarza miłością i stwarza bliską dusze dla każdego śmiertelnika, który w słonecznym świetle krząta się niestrudzenie, wypoczywa i szuka swego skarbu. Bo jeśliby tak nie było, to marzenie całego ludzkiego rodzaju nie miałoby najmniejszego sensu. 

Paulo Coelho. Alchemik.
Właśnie napisałam pewnego maila dotyczącego moich marzeń. Mail był przeznaczony dla pewnego mężczyzny z pewnych powodów nie chcę umieszczać go w tym miejscu, ale w związku z tym, że temat zmusił mnie nie przemyśleń na temat marzeń, chce napisać kilka słów właśnie w tym moim miejscu, w miejscu w którym próbuję odnaleźć siebie, zrozumieć swoje ja...

Na całym świecie jest pewnie setki lub nawet tysiące miejsc takich jak w Krasiczynie...
Krasiczyn to XVI wieczny zamek położony w pięknym parku...
W parku znajduje się miłorząb, który spełnia ludzkie marzenia. Gdy zwiedzasz park widzisz ludzi, którzy "obchodzą" drzewo pięć razy w prawo oraz pięć razy w lewo. Każda z tych osób w myślach wypowiada swoje marzenie i wierzy głęboko, że ono się spełni.
W Sandomierzu jest "Ucho Igielne", przez które trzeba przejść z zamkniętymi oczami i również w myślach wypowiedzieć swoje marzenie, nie dotykając dłońmi bocznych ścian "Ucha"...
Tak właśnie spełniamy swoje marzenia... w taki sposób o nich mówimy... najczęściej w naszych myślach w określonych miejscach...
Ja w tym roku czekałam na sierpień, na mój wymarzony urlop...

Uwielbiam patrzeć w niebo i w gwiazdy, pamiętam gdy byłam nastolatką wybrałam się z moją paczką pod namioty to również był sierpień. Wybraliśmy się w góry i rozbiliśmy namioty w małej miejscowości Krępna... W okół nas były olbrzymi jak dla mnie góry, otaczały nas z każdej strony. Obok pola namiotowego płynął strumień, który przyjemnie szumiał i chłodził nas podczas upalnych dni...
Jednak najpiękniejsze były noce... 
Razem z moją ówczesną przyjaciółką wychodziłyśmy nocami przed namiot i kładłyśmy się na zimnej i zroszonej trawie i patrzyłyśmy w niebo...
I wówczas spadały gwiazdy... a my wypowiadałyśmy swoje marzenia...a one miały się spełniać...
Czy się spełniły? Nie pamiętam, nie pamiętam nawet o czym wówczas marzyłam... pamiętam jednak, że noce te były wyjątkowe właśnie dlatego, że wierzyłyśmy, że te spadające gwiazdy są w stanie spełnić każde nasze marzenie...

W tym roku również wypatrywałam spadających gwiazd, liczyłam, że skoro ja zrobiłam już wszystko by spełnić swoje marzenia to teraz tylko gwiazdy, które spadają mogą mi pomóc...
Nie spadała ani jedna gwiazda... wszystkie pozostawały na swoim miejscu...

Czy poddałam się ze swoimi marzeniami?
W pewnym sensie tak...

Przechodząc kilkanaście lat temu marzyłam by moi rodzice mnie po prostu kochali... nie marzyłam o niczym innym, do dziś nie czuję ich miłości i pewnie już nigdy nie poczuję...
Wędrując w okół miłorzębu marzyłam  o spotkaniu pewnego mężczyzny - spotkałam go... pokochałam... a życie nadal pisze scenariusz do tej historii.

Dziś wiem jedno, wiem o czym już nie marzę... 
Moje marzenia nie wędrują w stronę materialną... nie marzę o dużej willi z basenem, o wypasionej furce by móc się lansować przed znajomymi, nie marzę nawet o karierze Pani biznes women...

Moje marzenie to fotel bujany, na którym mogę odpocząć po ciężkim dniu pracy...
Moje marzenie to bliska mi osoba, która wie, że czasem wystarczy mnie przytulić i powiedzieć - Będzie dobrze, nie jesteś z tym wszystkim sama...
Moje marzenie to poczucie bezpieczeństwa, to łóżko które mogę dzielić z osobą, którą nie tylko kocham, ale przede wszystkim szanuję, szanuję tą osobę ale również szanuję siebie swoje potrzeby i swoje pragnienia... 
Marzę o dziecku, które zrodzi się z miłości i pragnienia dania życia Komuś wyjątkowemu...

Marzę o nocy... spokojnej, bez koszmarów... a jeśli z koszmarami to również ze słowami "To był tylko koszmar, przytul się zaraz go nie będzie..."

Marzę o kubku gorącej herbaty w zimowy, mroźny wieczór...

Marzę o dniach nie przepełnionych samotnością...

Marzę o spełnianiu marzeń drugiej, bliskiej mi osoby...

Marzenia tak naprawdę mają sens tylko wówczas, gdy możemy się nimi podzielić, gdy dają radość nie tylko nam ale również osobie, która pomaga nam je spełniać, pomaga dążyć do ich spełnienia lub spełnia je razem ze mną...

Zastanawiam się dlaczego często jest tak, że nawet jeśli mamy taką bliską osobę przy sobie nie potrafimy jej mówić o naszych marzeniach... często wypowiadamy je właśnie w takich miejscach o których pisałam, a nie mówimy ich osobie, która może pomóc nam je spełnić...

Czy boimy się naszych marzeń?
A może boimy się przyznać bliskiej nam osobie, że marzymy właśnie o niej... o tym, że zestarzejemy się razem, że chcemy razem z tą osobą odkrywać świat?

Ja się nie boję marzeń...
Ja przestałam marzyć bo nie widzę już spadających gwiazd, bo nie wiem co mogłabym jeszcze zrobić by je spełnić...

Zostawiam więc moje marzenia w palcach wyobraźni jako niedopałek...

a może jak bańki mydlane, które przecież nie zależnie od tego co będzie robić i tak kiedyś pękną... rozpłyną się w powietrzu...


Czuć się kobietą, być matką...

Mimo wszystko, mimo tego, że zawiodłam się na swoich marzeniach One nadal są we mnie... tęsknie za ich spełnieniem, tylko, że czuję, że co raz bardziej się od nich oddalam...

Stojąc na molo patrzymy w morze, bezkresne, ogromne niczym nie ograniczone...
Takie powinny być nasze marzenia powinny również mieć siłę jak wiatr... 

Spełniajmy swoje marzenia i mówmy o nich głośno szczególnie osobą, które kochamy i mamy je przy sobie...


Stoję przy oknie, patrzę na ciemne niebo, czasami pojawia się na nim błysk i rozświetla ciemność... za chwilę spadnie deszcz, czuć go w powietrzu...
Wiesz? Myślę o Tobie...

to takie banalne... prawda?...





Ciągle obok, ciągle przy...
...Tobie
i z Tobą.
Za wspólnymi snami,
drogami,
zdaniami...
wspólnymi nocami
i oddzielnymi dniami...
idziemy przez
marzenia.

środa, 31 sierpnia 2011

Pomiędzy światami...

Moje dwa światy...

Dziś późnym popołudniem coś się stało, mój organizm odmówił posłuszeństwa w jednej chwili zapadłam w sen...
Majaczyłam, pamiętam, że rozmawiałam przez telefon, że było mi strasznie zimno...
I dziwna nie moc... nie mogłam utrzymać w dłoni telefonu... Zmierzyłam gorączkę 39,5 stopni...

I sny... łączące moje dwa światy...
Bo ja żyję w dwóch światach...
Jeden świat to Wielkie Miasto, pełne gwaru, ruchu i biegu, praca, dom, obowiązki... Życie...
Drugi świat... to Morze... i ludzie, tam mieszkający...
To mały człowieczek, który przytula się co wieczór i daje ciepło, nie tylko takie fizyczne, ale takie psychiczne, człowieczek, który ma swoje gorsze dni ale potrafi sprawić, że człowiek się uśmiecha, że ma okazję do zabawy i wygłupów...
To świat dwóch kobiet, z przeszłością... z pragnieniami, marzeniami i jeszcze wiarą, że będzie lepiej, że to co złe kiedyś przeminie... że los będzie bardziej przychylny...


To w tym świecie czuję się potrzebna, ważna.... kochana... to w tym świecie nie wstydzę się łez i bycia sobą... taką ja... z głową pełną pomysłów, wariacji, zabawy... czasem słodkiego lenistwa...

To jest mój świat, chociaż oddalony o setki kilometrów to jednak mój...
Wiele się zdarzyło... Wiele wspaniałych chwil, które są już wspomnieniami, które chce się pielęgnować i takie na wspomnienie, których pojawia się uśmiech...

Wyluzowanie... nie odbieranie telefonów, nie "wchodzenie" na neta... po prostu życie, zabawy... normalność i to bez biegu...

Przewijają się dwa światy... jeden egzystuje razem z drugim... łączą się a łącznikiem jestem ja...
Tylko, że ja mam dosyć takiego rozdarcia... 
Dziś wiele rzeczy boli, nie wiem co począć...

Pokochałam mój drugi świat... pokochałam mężczyznę i chyba najwyższa pora wyłożyć karty na stół i pójść w którąś stronę... nie zamykać żadnego ze światów... ale zadać konkretne pytania, powiedzieć o uczuciach... nie miało to być przez telefon, nie na maila... ale w cztery oczy... nie udało się, po raz kolejny...

Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba chcieć... tylko na słowach się skończyło...

Wstanę rano i popatrzę w lustro... i wiem co zobaczę, Kobietę, która zrobiła wszystko co mogła... nie mogę sobie zarzucić, że nie walczyłam, że nie podjęłam działań... zrobiłam co mogłam...

Widzę siebie i to jak wiele się zadziałało... jak wiele zmieniło, a zmieni się jeszcze więcej... nie będę biernie czekać... nie chcem... jak to mówi moja Psiółeczka... nie chcem czekać i się zastanawiać... pora pójść w którąś ze stron i nie zastanawiać się każdego dnia co zrobiłam źle... 
Pora wziąć byka za rogi...tak właśnie... to jest ten czas, kiedy wszystko trzeba postawić na jedną kartę...

Gorączka spadła... sen nie przyniósł ukojenia... ale czuję się lepiej....

Pomyślałam dziś, że gdyby coś mi się stało, osoba, którą kocham nawet by  o tym nie wiedziała... mogłabym umrzeć w samotności... w zupełnej ciszy a On nawet nie miał by świadomości, że bardzo go kochałam... i zwyczajnie odeszłam....

wtorek, 30 sierpnia 2011

48 godzin...

Podniosłeś mnie ku górze
A potem mnie powaliłeś
Nigdy nie jestem pewna co powinnam czuć
Kiedy jesteś w pobliżu
Powiedziałam to co mi leżało na sercu
Ale nie wiem dlaczego
Bo Ty nigdy naprawdę nie powiedziałeś
O czym myślisz

To tak jakbym chodziła po rozbitym szkle
Chce wiedzieć ale nie chcę zapytać
 
Więc powiedz, że mnie kochasz
Albo powiedz, że mnie zostawiasz
Nie pozwól ciszy mówić za ciebie
Tylko powiedz, że mnie pragniesz
Ty mnie nie potrzebujesz
Nie pozwól aby cisza mówiła za ciebie

To mnie zabija (cisza)
To mnie zabija (cisza)
To mnie zabija (cisza)

Wpuściłeś mnie ale czasami
Twoje puste oczy sprawiają,
że czuję sie taka zimna w środku
Kiedy jestem z tobą
To jak gra w kości
Nie wiem kiedy i jak sprawiasz,że płaczę

Więc powiedz, że mnie kochasz
Albo powiedz, że mnie zostawiasz
Nie pozwól ciszy mówić za ciebie
Tylko powiedz, że mnie pragniesz
Ty mnie nie potrzebujesz
Nie pozwól aby cisza mówiła za ciebie

To mnie zabija (cisza)
To mnie zabija tak (cisza)


To tak jakbym chodziła po rozbitym szkle
Chce wiedzieć ale nie chcę zapytać
Bo ty raz powiedziałeś że możesz do tego powrócić
Jeżeli to koniec
To proszę cie przemiń


Więc powiedz, że mnie kochasz
Albo powiedz, że mnie zostawiasz
Nie pozwól ciszy mówić za ciebie
Tylko powiedz, że mnie pragniesz
Ty mnie nie potrzebujesz
Nie pozwól aby cisza mówiła za ciebie

Podniosłes mnie ku górze
A potem mnie powaliłeś
Nigdy nie jestem pewna co powinnam czuć....

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
Właściwie trudno określić jak się czuję... chyba jak w amoku... chciałabym nie myśleć, ale to niestety nie wychodzi... 
dziwny stan... właśnie uprzytomniłam sobie, że nic nie jadłam, spaliłam prawie całą paczkę papierosów i jakoś funkcjonuje, za kilka minut wyjdę na miasto, ale najpierw będę musiała ukryć podpuchnięte oczy, ponownie zrobić makijaż... tylko po co?

Co można zrobić przez 48 godzin?
Można polecieć do Australii i z powrotem bo lot trwa 24 godziny, z przesiadkami w Berlinie i Hong Kongu.
Można 6 razy polecieć do Francji i z niej wrócić, bo lot trwa 2 godziny w jedną stronę.
Można wsiąść w pociąg i pojechać z Wielkiego Miasta nad morze do pewnej małej miejscowości i wrócić ponownie do wielkiego miasta (można to zrobić dwa razy) gdyż podróż Polskimi Kolejami będzie trwała 12 godzin....
W ciągu 48 godzin, można po prostu pracować i spać. Spać i pracować.
Można po prostu egzystować... być, jeść, spać... etc....

Można spędzić z Kimś 48 godzin i po prostu milczeć, patrzeć w oczy, trzymać za rękę...
Można... a można...

Przez 48 godzin można:
Płakać przez 2 godziny,
płakać w łazience,
płakać na huśtawce,
płakać w łóżku,
płakać w ramię,
zasnąć ze zmęczenia...
obudzić się o 5,30 i płakać do poduszki...
wypić kawę i ponownie płakać...
wejść do łazienki, zbić lusterko.
płakać, płakać, płakać....
wsiąść do pociągu....

jaki jest ciąg dalszy??
płakać, płakać, płakać...


W pewnym momencie coś pęka... czekamy w życiu na wiele chwil i na wiele momentów... czasami zdajemy sobie sprawę, że nie zawsze coś się przydarzy, ale wierzymy, że jeśli Ktoś bardzo czegoś chce to może osiągnąć swój cel.
Tylko trzeba czegoś chcieć.

Myślę, że często sami zabieramy sobie szansę by nie być samotni...
Pierwszy raz wypakowałam się zaraz po powrocie,

wyciągnęłam serduszko... zawiesiłam je na szyji, chce by wisiało... właśnie teraz gdy czuję, że wszystko się posypało..., w chwili w której nie mam siły już walczyć, w momencie gdy tak naprawdę nie wiem co dalej i jak dalej...

Chciałabym po prostu porozmawiać, ale samemu prowadzi się raczej monolog a nie dialog...
Więc nie rozmawiam... czasem spojrzę na ekran telefonu ale milczę...

Trudno określić co czuję, sama tego nie wiem... jakoś wiele rzeczy się nałożyło... a w mojej głowie pełno wstążeczek się pomieszało...

Nie wiem co będzie .... nie wiem co zrobię, wiem, że muszę się wziąć w garść i iść do przodu... tylko jeszcze nie wiem jak...


Chaotycznie dziś.... no cóż taki dzień...
Takie 48 godzin....




niedziela, 14 sierpnia 2011

Przeczucia....

Po ciężkich kilkunastu dniach pracy, dziś zasnę jak dziecko... chociaż może właściwie nie...
Jakoś mam przeczucie, że znowu się zawiodę, że ponownie marzenia, które snułam przez kilka ostatnich dni pękną jak bańka mydlana....

Czasami jest tak, że czekamy na coś z niecierpliwością i wierzymy...
Dziś przestałam wierzyć...

Czuję pod skórą, że się zawiodę, a najgorzej że nie wiem co potem... ot będę żyć dalej... tylko wiem, że inaczej...




Czuję jak ogarnia mnie smutek, czuję że oprócz zmęczenia dopada mnie lekki dołek...

Wszystko nie tak się składa...
Zapominamy o tym co jest ważne? A może po prostu to wszystko nie jest dla Kogoś ważne tak jak dla mnie...

Smutne a może jednak prawdziwe...


Niedziela....

Niedziele od zawsze kojarzyła mi się z takim dniem, w którym odpoczywa się do południa potem je się smaczny niedzielny obiadek w towarzystwie najbliższych lub przyjaciół.. potem spacer, lub wizyta w kościele.
Popołudniu wizyty u rodziny, zapach ciasta drożdżowego, kawa, czasem wino...
Wieczorem błogie lenistwo. Generalnie niedziela zawsze kojarzy mi się z dniem dla rodziny.
Gdy byłam młodsza to niedziele zawsze spędzałam u mojej kochanej babci, właściwie u kochanych dziadków. Rano zawsze babcia nas budziła i czekało na nas ciepłe kakao i bułka z dżemem. W tym dniu zawsze pozwalała na dłuższe spanie (mojemu wiecznie nie wyspanemu bratu czasami nawet do 12 w południe :-) ].
Potem przygotowania do obiadu, kościół i sam obiad.
Zawsze jedliśmy razem: moje rodzeństwo i dziadkowie. Czasami na obiad przyjeżdżała ciocia lub wujek.
Po obiedzie szykowałyśmy z babcią sałatkę lub jakieś ciasto, "bo zawsze Ktoś może nas odwiedzić".
I zawsze Ktoś odwiedzał. Moja babcia przyciągała ludzi, zawsze uśmiechnięta, zawsze pomocna. Scala rodzinę, niezależnie od wszystkiego. Dom był zawsze pełen ludzi, gdy wspominam dom babci to zawsze czuję zapach kapuśniaczków lub ciasta drożdżowego z kruszonką....

Dziś już nie ma takich niedziel.... 
Dziś niedziele spędzam w pracy, lub sama w pustym domu, w czterech ścianach.
Nie ma zapachu ciasta ani kapuśniaczków. Nie ma rodziny... brakuje mi właśnie takich niedziel, gdzie czujemy się częścią czegoś... częścią rodziny, częścią jakiejś wspólnoty....

Właściwie mamy w okół siebie ludzi, poznajemy ich, czasem się zaprzyjaźniamy, czasem czujemy, że są nam bliscy...
a czasem... czasem spędzamy godziny, dni na rozmowach z ludźmi, którzy zupełnie nic dla nas nie znaczą, nie są częścią naszego życia.... zatapiamy się w świecie znajomych tylko po to by napić się alkoholu, niby odstresować... zachłannie wchodzimy w wirtualny świat wierząc naiwnie, że to zastąpi nam prawdziwe relacje...

Ale czy to, że Ktoś kogo nie widzieliśmy od kilku miesięcy napisze nam na Facebooku, że lubi nasze zdjęcie to jest jakaś relacja...??
Czy o coś takiego nam chodzi...
Poprzez bieg, długie godziny w pracy zapominamy o tym jak to jest budować relacje, jak to jest prowadzić rozmowę z drugą osobą. Nie potrafimy już rozmawiać, nie potrafimy mówić o swoich uczuciach, gnamy przed siebie i chcąc sobie zafundować rozmowę wchodzimy na chaty, na portale społecznościowe... czy o to w tym wszystkim chodzi??

Czy dziś liczy się tylko praca i to jaki szybko wkleimy zdjęcie na jakimś portalu. Oczywiście nie neguje portali, bo sama z nich korzystam.
Ale co z uczuciami, co z więzami rodzinnymi, co z przyjaciółmi i znajomymi??
Czy warto zamykać się na ludzi?
Często powtarzamy: czuję się samotna/samotny i nie mam zbyt wielu znajomych bo nie mam czasu.

Ale pytam czyja to wina....

Opowiem Wam pewną historię, która zdarzyła się jakiś czas temu.

Pewien mężczyzna poznał kobietę na jednym z komunikatorów. Zaczęli ze sobą rozmawiać. Spędzali każdą wolną chwilę na wspólnych rozmowach. On stał się częścią jej życia, ona częścią jego życia. On znał jej sytuację osobistą, ona jego. Poznała jego rodzinę i zaprzyjaźniła się z jego kuzynką. Wspierała jego i ją w bardzo trudnych chwilach. Kobieta zatraciła się całkowicie w tej przyjaźni i właściwie miłości do mężczyzny, z którym nigdy nie rozmawiała przez telefon, z którym nigdy się nie spotkała. To trwało kilka lat...

Nigdy się nie spotkali... Dlaczego? Skoro coś do siebie czuli, skoro byli dla siebie ważni - bo takie jest życie. 
Bo jedno z nich zadecydowało, że lepiej się nie spotykać, nie rozczarowywać siebie nawzajem...

Bzdura totalna bzdura. Osoba, która tak zadecydowała nie żyje. Mężczyzna zginął w ubiegłym tygodniu. 
Ta historia ma swoje mniejsze i ważniejsze historię i kiedyś może uda mi się to wszystko opowiedzieć. Ale dziś chciałabym o czymś innym.

O tym, ze co raz rzadziej dbamy o ludzi, którzy są w okół nas. Co raz mniej czasu poświęcamy swoim bliskim w nadziei, że przecież jeszcze będzie czas, na spotkania z rodziną, z przyjaciółmi...
Że przecież Oni będą...
Ale przecież nie zawsze... Nie wiemy co przyniesie jutro, nie wiemy kiedy nas zabraknie...

Nie wiemy czy jutro obudzi nas słońce...

Tak wiele tracimy nie pytając, nie dbając o tych na których nam zależy. Czy Twoi najbliżsi wiedzą, że ich kochasz? Że za nimi tęsknisz?


Ja tęsknie za kilkoma osobami, które są daleko i wydawało by się, że są obcy bo nie łączą nas więzy krwi. Ale są to ludzie, którzy są przy mnie zawsze gdy ich potrzebuję, są to ludzie którzy poznani w nie realnych okolicznościach stały się częścią mojego życia, w moim serduchu jest miejsce dla nich...
A to dlatego, że dbamy o te relacje, bo czasem dzień zaczynam od życzenia im fajnego dnia, bo czasem przesyłam im uśmiech a oni mi odsyłają drugi uśmiech.

Są to osoby, które nie klikają na FB Lubię TO! gdy wrzucam jakieś zdjęcie, ale osoby, które mówią "cieszę się, że dziś się uśmiechasz" lub "dobrze Cię dziś słyszeć"

I właśnie takich osób wokół siebie potrzebuje i o takie relację chce dbać.